Ibuprom | Dla Niepokonanych

X

Maratony - moja pasja

Blog poza konkursem odsłon profilu: 2923
2009-08-21

Kosmita Bolt i UFO w Krzywem

Polska Biega, maj 2009 Polska Biega, maj 2009

To, co w niedzielę zrobił i powtórzył wczoraj Bolt, to jest kosmos. W niedzielę oczy mi nie zdążyły urosnąc, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Tuż przed startem polscy komentatorzy byli łaskawi stwierdzić, że chcieliby, aby za ich kariery zawodowej padła bariera 9.65 w biegu na 100 m. Chwilę później padła nie tylko ta, ale i następna bariera i niesłychanie długi jak na sprintera (193 cm) Jamajczyk, pajacujący przed startem jak mały chłopiec, showman w żółtozielonej koszulce Pumy (boskie koszulki swoja drogą) - kilkoma susami przeniósł nas w inny wymiar. 9.58!!!!

Kiedy już odzyskałam zdolność jasnego myślenia, pierwsze, co mi przemknęło przez głowę, to "Żeby tylko się nie koksował". 

Bo jak żywy stanął mi przed oczami innny epokowy bieg sprzed....21 już lat, kiedy w inny wymiar przenosili sprint Carl Lewis i Ben Johnson. I u tego ostatniego okazało się, ze inny wymiar ma drugie dno, i nigdy już nie podniósł się z tego dna, ale jego czas wtedy był z innej bajki. Ale ich było dwóch, ścigali się ze sobą, toczyli morderczą walkę o każdy metr, o każdą setną sekundy. 

A Bolt? Bolt biegnie własciwie sam. Startuje trochę ospale, jakby wzrost działał na jego niekorzyść, zanim pozbiera to swoje długie ciało z bieżni, inni są o krok z przodu. Ale potem on robi dwa kroki i już jest przed nimi i z każdym krokiem powiększa tę swoją przewagę, biegnie sam, o kilka metrów przed pozostałymi, kończy te biegi przewagą zupełnie niesprinterską...

I wygląda na to, że się nie koksuje. A przynajmniej - nie na tyle, żeby to powodowało jakieś niejasności. Wygląda, jakby było z kosmosu. Z innego wymiaru...

W inny wymiar i ja się przeniosłam w poprzedni weekend. Korzystając z uroków długiego wekendu (i dwóch dni urlopu), wybraliśmy się na Mazury. I tam, oprócz standardowych pętelek wokół jeziora (niecałe 12 km), wypadło mi kolejne dłuuuugie wybieganie, czyli 35 km. Na samą myśl o trzech pętelkach wokół jeziora zrobiło mi się słabo...

Wzięliśmy zatem z TZem po raz pierwszy mapę okolicy i wyznaczyliśmy (cyrklem) trasę. I w sobote o świcie wyruszyliśmy - ja na butach, TZ na rowerze z aprowizacją (camelback + kanapki z dżemem) - na podbój mazurskich bezdroży.

Zgubiliśmy się zaraz po wybiegnięciu z Olecka, ale udało nam się szybko odnaleźć własciwą drogę. Ku mojemu zdumieniu znacząca cześć bezdroży była wyasfaltowana, ale z racji święta i wczesnej pory (tak między 7 a 8) - jedyne co nas spotykało, to szczekanie psów... Na całe szczęście większość tych ujadających stworzeń była jakoś tam odgrodzona od drogi było nie było publicznej. Ale za to tąż samą drogą łaziło sobie beztrosko stado krów, a spojrzenie byka spode łba spowodowało, że weszłąm prawie w trzeci zakres. 

I tak sielankowo sobie biegliśmy, mając za towarzystwo ujadające burki, krowy i cięzkie chmury, kiedy po 15. km zaczeły się schody, a własciwie - podbiegi (boć to Mazury Garbate), a idroga z asfaltu zamieniła się w polny piach, błoto i miejscami bruk. I tak sobie dotarliśmy do miejscowości Krzywe, która właśnie wstawała (zbliżała się 9.) I ludzie w podwórkach patrzyli na nas wzrokiem niekłamanie zdziwionym, i buzie mieli rozdziawione, i byliśmy dla nich jak to UFO w Klewkach, które kiedyś widział jeden polityk partii od krawatów. Tak sobie myśle, że byliśmy dla nich w ten sobotni, ale jednak świąteczny, poranek, tak z  innego wymiaru, tak z kosmosu, jak dla nas okazał się potem Bolt.

A my zgubiliśmy się jeszcze raz, a jak już się znaleźlismy, okazało się, że kiedy właśnie minął 35 km naszej wyprawy, pojawiła się tabliczka z napisem "Olecko 10". Jeszcze się tym specjalnie nie przejęłam i robiłam minę bohaterki, ale zza chmur wyjrzało słońce, i po 2 km spaceru zdecydowaliśmy o wezwaniu zmotoryzowanego supportu.

A potem była plaża...

 A w tym tygodniu wyszłam na pierwszy trening i poczułam się jak nowonarodzona i nowe siły we mnie wstąpiły, energia kosmiczna mi się wydzieliła...I mam nadzieję, że się utrzyma, choćby do jutra, bo jutro dzień próby. Zamiast 35 km w tempie regeneracyjnym z przyspieszeniem do docelowego na ostatnich 9, będzie 25 w tempie docelowym... Taki jest plan :)          

2009-08-10

Jestem niedysponowana...

Tak się mówiło na szkolnym wuefie, dyskretnym szeptem, i dzięki temu z czystym sumieniem można było całą lekcję spędzić sobie spokojnie w szatni, ewentualnie kibicowac koleżankom. Niedysponowane oczywiście bywaly wylącznie dziewczyny i w zalożeniu - raz w miesiącu. Wspominam to z pewnym...rozbawieniem. Niektóre koleżanki średnio co trzeci wuef były niedysponowane, chociaz niektore nauczycielki miały zwyczaj jakoś tą niedyspozycję oznaczać w dzienniku. 

Ja niedsyponowana w zasadzie nie bywałam. Generalnie fizjologia na wuefie specjalnie mi nie przeszkadzała, tzw. niedyspozycje przechodziłam nieomal bezboleśnie i w związku z tym nie uważałam tego za powód do niećwiczenia. No, parę razy zdarzyło mi się wykręcić niedyspozycją od jakichś upiornych fikołków na ocenę. Potem jednak na fikołki wymyśliłam inny sposób....A

le czemu ja tak ni przypiął ni przyłatal o tych niedyspozycjach...A

ha. Ostatnio na jednym z biegowych forów przewinąl się watek, jak fizjologia kobiety wpływa na systematyczność treningów biegowych... Z pewnym zdziwieniem skonstatowałam wtedy, że kilka calkiem przyzwoitych wyników (w tym życiówek- Kabaty, PMW 5 km), nabiegałam w trakcie tzw. niedyspozycji. Malo tego - dwa maratony biegłam w końcówce tego, co marketing określa jako TE DNI, i w obu pobiegłam bardzo dobrze...

Już wtedy pomyślałam, że jestem mutantem. Dzisiaj ta myśl, genialna w swojej prostocie, znalazła kolejne potwierdzenie. 

Rano wstalam z lekkim dyskomfortem w okolicach brzucha. Ale pozbieralam się dość energicznie, wyszlam... Ruszyłam powoli, bez przekonania. Plan zakładał 15 km w docelowym tempie maratonu. Czyli po 4:58. Haha. W zeszlym tygodniu nie dałam rady w tym tempie przebiec 10 km, musiałam się zatrzymać ze dwa razy. No, ale kto nie próbuje, ten nie jedzie. Znaczy, nie biega. Z drugiej strony w tym tempie biegłam 20 km na Pucharze Maratonu...

Przetoczyłam się przez pierwszy rozgrzewkowy kilometr i zaczęłam przyspieszać. Za chwile miałam na zegarku 4:40. Oj, nie. To jest tempo dla 3-kilometrówek. Wolniej. Trochę zwolniłam, ale dalej było poniżej 4:50, a mnie się bieglo całkiem przyjemnie. Zrobiłam pierwsze kółko (4 km) mniej wiecej po 4:50, drugie w tym samym tempie. Bieglo mi się lekko, plynęłam tym chodnikiem, frunęłam, wcale nie zwalniałam. Na trzecim lekutko zwolnilam (do 4:52), ale wtedy zerknęłam na zegarek i... Biegłam sobie dalej trzecie kółko. Zaczełam czwarte, znowu ciut wolniej, ale dalej poniżej 4:55.

Na ostatnim kilometrze miałam siłę, żeby trochę jeszcze podkręcić tempo i.... tym sposobem na treningu pobiegłam 15 km w jakies 1:12:40. Moja oficjalna zyciówka na 15 km wynosi 1:13:15. To prawda, że pochodzi sprzed ponad roku, ale jednak...

Może ja powinnam starty z kalendarzykiem planować... o, tu będę niedysponowana, to jadę, życiówkę zrobię :>

W Berlinie raczej będe dysponowana. Mam nadzieję, że na 110 proc.

2009-07-21

Mój pierwszy raz - 29. Flora Maraton Warszawski, czyli jak zostałam maratonką

Tej niedzieli (23. 09. 2007r.) wstałam przed świtem, prysznic, jakieś codzienne toaletowe czynności, wszystko naszykowane wcześniej - strój, buty w torbie, takoż ręcznik, koszulka i bielizna na zmianę. Moja bardzo sportowa torba przygotowana do wyruszenia. Jeszcze miska owsianki, banan, batonik musli, izotonik do bidonu, żele do kieszonki, 7.04 - jadę.

Przystanek przed tym zanim miałam wysiąść okazuje się, że autobus zmienił trasę, bo ulica już zamknięta. Wysiadam zatem i dawaj w Bonifraterską gnam w kierunku biura zawodów. Po jakichś 500 metrach skonstatowałam, że ludzie z żółtymi torbami idą ewidentnie w przeciwną stronę niż ja. Ludzie, którzy szli za mną, zniknęli z horyzontu. Ergo, skręcili. Innej możliwości nie ma. Zawracam zatem. I słusznie. 500 m wstecz, 100 w bok i już widzę rosnący i gęstniejący tłumek. Zaparkowałam torbę na chodniku i stoję. Znajomych na razie zero. A, nie, ten pan mnie pamięta z autokaru do Ełku. Tego czasami mijamy na Łosiowych Błotach.

Jest dobrze. Szatni nie ma, depozytu takoż. Są za to dziewczynki obsmyczone w smycze organizatora. Pytam o depozyt. Będzie. Przyjedzie. Zaraz. Znaczy, już powinien być, ale nie ma. Ale będzie. Dobra, czniać szatnię. I tak mam strój na sobie, wystarczy zmienić buty i ściągnąć dżinsy. Oraz tiszert. W tiszercie jednak zostanę do startu, najwyżej wyrzucę. Po to jest.

Zawiązuję buty. Przychodzi Wojtek. Depozytu dalej nie ma, ale dziewczynki i chłopcy w smyczach zbierają torby, zostawiam więc u nich, zresztą ciężarówki już podjeżdżają. Spotykam Jarka i Joannę. Pojawia się Miodzio, Jang, Ania emce przychodzi nas podopingować przedstartowo. Chyba się denerwuję. Chaotycznie wykonuję coś na kształt rozgrzewki. 3 minuty truchciku, kolejka do kibelka, znowu jakiś truchcik, jakieś nieskoordynowane wymachy i wyciągania. Zdejmuję jednak tiszert.

Idziemy się ustawiać startowo. O, baloniki lecą do góry. Chyba startujemy. GPS mi niby działa, ale zegarek go nie widzi. Dupa. Włączam jeszcze raz. Nic z tego. Startujemy. Odpalam stoper. Wolniutko, wolniutko, w tłumie przetaczamy się z Miodziem przez linię startu. No to 42 kilometry 195 metrów przed nami. 4 godziny. Taki mam plan. Z nerwów mi lekko niedobrze.

Ruszyliśmy wolno. Powoli dołączają do nas osoby, które deklarowały bieg na 4 godziny na forum. Jeszcze na Miodowej mija nas zając, a raczej zajęczyca na 5 godzin. Szybko nas mija. GPS nie działa, zatem jesteśmy zdani na oznaczenia organizatorów. Ktoś z "czwórkowiczów" konstatuje że biegniemy w tempie 6 min/km. Wolno, za wolno. Chciałam biec 5:30. Lekko przyspieszam, Miodzio też. W końcu obiecał mi towarzystwo na całej trasie.

Plac Teatralny. Pierwsza woda. Omijam, jeszcze nie mam potrzeby picia. Na Królewskiej mijamy Janga i Pierwszego. Na Marszałkowskiej dobiega do nas Bartek. Oczy robią mi się okrągłe jak spodki (jak u tego psa z Andresena) ze zdziwienia. Bartek? Biegnie? Ano, tak. Jak mówi, decyzję podjął w sobotę wieczorem. Wariat :) Ale w końcu wszyscy jesteśmy trochę wariatami.

Plac Konstytucji, zbiegamy w Piękną, Mokotowską, Koszykową, przy Pl. Na Rozdrożu znowu woda, tym razem już sięgam po kubek, wypijam dwa łyki. To dopiero 5 kilometr. Wolę nie myśleć, ile jeszcze. Wolę nie pamiętać mapy.Aleja Szucha. Bagateli. Nawrót przy Łazienkach. Aleje Ujazdowskie. Znowu Pl. Na Rozdrożu. Ktoś mnie woła, patrzę - kolega z pracy pstryka fotki. Fajnie. "To Twój mąż?" - pyta Miodzio. Od tej pory to jego stałe pytanie jak tylko jakiś facet mi kibicuje ;-) Znowu woda. Woda i coś jeszcze, nie zatrzymuję się, ale Miodzio zwalnia, za chwilę podbiega do mnie z mokrą gąbką. Doradza, żebym zostawiła sobie, bo te są jeszcze czyste, potem mogą być brudne, "z odzysku". Pamiętam z Berlina i Łodzi jak to się robi, pakuję gąbkę pod ramiączko koszulki i (bardziej pewne) stanika. Trzyma się.

Dalej już prosto, Plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, na rogu Nowego Światu Słonik, Świętokrzyska, Mazowiecka, znowu Pl. Teatralny. 10 kilometrów. Bramka. Zerknięcie na zegarek. Półtorej minuty zapasu. Czyli w granicach błędu. Super. Biegnie mi się coraz lepiej. Znowu woda. Tym razem też powerade. Senatorska. Cholera, zapomniałam o bruku. To prawda, że równiejszy niż kocie łby pod Ełkiem, ale jednak bruk. I tak przez całą Starówkę. Plac Zamkowy - zdjęcia, Rynek - Doris z aparatem, Nowe Miasto. Znowu woda. Gąbki. Agrafka - biegniemy drogą do startu, przez linię startu, jeszcze kilkaset metrów pod gmachy sądu, zawracamy. Rany, ile osób zostało za nami. Ile osób, które biegają znacznie lepiej ode mnie.

Ale jestem na fali, euforia, nie myślę, że coś jest nie tak. Doganiamy Mel. Wymieniamy uprzejmości :) i inne spostrzeżenia. Biegniemy dalej. Na 14. kilometrze z daleka słychać dzieciaki z punktu odżywek własnych. Przyglądam się z boku, dla mnie to pierwszy maraton, nie włączałam się do akcji, nie korzystam. Ale wygląda na to, że działa i to świetnie.

Most Gdański. Biegniemy jednym pasem, w drug stronę odbywa sięnormalny ruch. Zero policji, zero zabezpieczenia, samochody lekko tylko zwalniają. Niebezpiecznie. Nad nami helikopter - pewnie TVN ze swoją lotną załogą. Zbiegamy z mostu, helikopter przelatuje dokładnie nad nami - mobilna kabina klimatyzacyjna, chwila wiatru w rosnącej spiekocie bardzo się przydaje.I już Praga. Biegniemy. Znowu woda, wolontariuszki oblewają mnie poweradem. Oblewam sie trochę wodą, ale niedokładnie. Biorę kawałek banana. Mogę jeść, ale malutkimi kęsami. Ręce mi się kleją od tego powerada. Trudno. Na kolejnym punkcie z wodą wypłukuję ręce, uf, od razu lepiej. Biegniemy do mostu. Mijamy - jedną, dwie, pięć, dwadzieścia osób, dużo osób. Most Świętokrzyski - tu bezpieczniej, bo jest pas rozdzielający. Czuję się jakbym leciała. Wylatujemy przy Zajęczej, do BUW-u. Przy BUW Edyta, z którą poznajemy się w mgnieniu oka, chociaż wieki się nie widziałyśmy. Edyta robi zdjęcia. BUW. Woda, powerade, czekolada. Ależ sie musiałam wysmarować. Zbiegam do tunelu. Z góry joycat robi zdjęcia. Wszystkie pory będzie widać - żartuje Miodzio. Ups, a ja z tą czekoladą. Potem sie okaże, że jednak czekolady nie ma. Przynajmniej na twarzy :)21. kilometr. Tunel. W tunelu jest nieco chłodniej, słońce nie pali. Ale jest duszno. I jednak ponuro. Pamiętam tunel w Berlinie, gdzie stała orkiestra. Tu niektórzy próbują własnych sił wokalnych, ale tak średnio to wypada. Wypadamy z tunelu. Za kilkaset metrów bramka. Półmetek. Mamy 4 minuty zapasu. Za dużo. Zaczyna się walka o każdy kilometr. Więcej na zawodach jeszcze nie biegałam.

Do półmetka szłam jak burza. Jeszcze kilkaset metrów za połówką było nieźle. Ale powoli czułam, że muszę zwolnić. Najpierw tylko nieznacznie. Czerniakowska. Full sun. Przechodzę w jakiś obłędny truchcik. W głowie te cztery minuty zapasu. Zaraz przecież wrócę do swojego tempa. Ktoś przy drodze podkpiwa z Miodzia, że tak wolno biegnie. No, cóż. Przykro mi, ale szybciej nie mogę. Na 23 kilometrze mija mnie jang. Uprzedza, że 100 m z tyłu biegnie grupa na 4:00 i zaraz mnie wyprzedzą. Faktycznie, biegnie grupa i wyprzedzają. No i co z tego. Biegnę swoje. Tylko się nie zatrzymywać.

Na rowerze pojawia się Virus. Robi zdjęcia. Próbuje robić zdjęcia z lotu roweru. Pstryka i pstryka. Mijamy odżwyki własne na 24. Za chwilę mijają nas lepsi zawodnicy, którzy już wracają z Wilanowa. Ale im dobrze. Ależ im zazdroszczę. Co mnie podkusiło, żeby tu biec. Co mi przyszło do głowy. Na 25km biorę znowu kawałek banana, ale wypluwam. Nie mogę. Na 27. przechodzę na chwilę do marszu. Znowu mnie wyprzedzają. Znowu podrywam się do biegu. Miodzio cierpliwie znosi moje zwolnienie. Mijamy się z mirszymem z Gimnazjonu - to on mnie wyprzedza, to ja jego. Ściana? To jest ściana? Bez sensu. Nie mam skurczy, nie mam jakiegoś dołka, fajnie mi się biegnie, tylko nogi coś nie chcą przebierać. No dobra, trochę mi niedobrze. Trochę. Ha, żelik. Wyciągam z pasa żelik energetyczny. Obrzydliwy, ale wciągam w siebie całe opakowanie. Lepiej. Znowu truchcik. Zakręt. Wracamy. Na zakręcie wyprzedza nas Bartek. Znowu doping - tym razem Jacek z żoną i z wózkiem z małą Julką. Trzydziestka. Nowe siły? Przebiegam. Patrzę na zegarek. Jakby tak jeszcze przycisnąć, to może... Te cztery godziny umykają, teraz cel jest jeden - dobiec. Obsuw wobec planu wynosi jakieś 8 minut. Nie jest źle. Tylko sił coraz mniej. Ale humorek dopisuje.

Znowu marsz. Wpadamy w taki ciąg - bieg, truchcik, marsz, znowu bieg. Jak przechodzę do marszu, Miodzio biegnie tyłem do kierunku biegu, przodem do mnie. Jak sie wywali, mam się czuć winna.32 kilometr. -Jeszcze tylko pętelka kabacka przed nami - podnosi mnie na duchu Miodzio. Uh, jak sobie przypomnę ostatnie Kabaty, to mi się słabo robi. Kościół, ktoś mi mówił o tym miejscu, biegnę, słyszę za sobą "Ania, Ania". Odwracam się. Hania. Koleżanka z pracy. Elegancka pani w drodze do kościoła macha do mnie i krzyczy. Znowu skrzydełka, biegnę. Skręcamy w Witosa. Truchcik - marsz. Ja wyprzedzam, za chwilę mnie wyprzedzają. Znowu Czerniakowska. Czemu ta ulica jest taka długa. 34 km. Odżywki własne. Ania - żona Janga - nas dopinguje, machamy do niej. Zakręt w Chełmską. Kibice. Zakręt - i Czerska, biegniemy obok siedziby Gazety, dalej przez Gagarina, jakimiś uliczkami, których nazw nie pamiętam. Staram się jak najwięcej biec. Jakoś to nawet wychodzi. Powrót na Czerniakowską. I za chwilę będzie zakręt w Szwoleżerów. Znowu zwalniam. 36 km za nami. Żołądek mi wariuje? E, nie, zdaje mi się.

"Ania, nie idź. Macie 500 metrów do napojów, tam zwolnisz" - rozglądam się. To Dominika. Razem z Miśkiem pojawili sie na rowerach nie wiedzieć skąd. Idę. "Ania, nie idź. Ania biegnij" - to znowu Dominika. Uh, wyciągam resztki siły. Myśliwiecka. Picie. No to piję. Znowu podbiegam kawałek, kawałek idę. Czas już dawno przestał być ważny. Właściwie teraz mogłabym już iść - i tak dojdę do mety. Ale to głupio. Truchcik. Dominika cały czas każe mi biec. A jak już koniecznie muszę iść - to machać rękami, pochylić się do przodu. Karnie stosuję sie do zaleceń. Tak faktycznie jest wygodniej. Za ciężko ci z tym pasem - Dominika zabiera mi też pas z bidonem. Faktycznie, nie miałam pojęcia, że był aż tak ciężki. Podbiegam, maszeruję. Miodzio cały czas obok. Pajacuje. Właściwie wygłupiamy sie razem, bo może i biegnę kiepsko, ale przytomność umysłu jeszcze jakąś zachowuję i odrobinę autoironii. Gdzieś przy Rozbrat mija nas Joanna, potem Mel. Trudno. Run, Ania, run - poganiam się w myślach.

BUW. 40-ty kilometr. Edyta robi zdjęcia. Uśmiech do obiektywu, o imydż należy dbać. Jeszcze tylko dwa z haczykiem. Piję. Dominika wycygania jeszcze butelkę Powerada na wszelki wypadek, bo w kubkach tylko woda. Masz dwa kilometry, biegnij. Nie pobiegnę całych dwóch. Jak nie? Masz jeszcze szanse na 4:15 netto. To dobry czas na debiut. Chrzanię czas. Ale truchtam. Idę. Ostatnia prosta. Ania, biegnij, kibice stoją - to znowu Dominika. Jasne, stoją, głupio tak iść. Truchtam. Zobacz, ile masz jeszcze osób do wyprzedzenia. Finiszuj. Gdzie ta meta. No niby jest. Ale. Daleko jakoś. O, znowu Jacek. Całe miasto przejechał, kibicuje. Biegnę. Mijam. Jedna osoba, dwie, jeszcze jedna. Wpadamy z Miodziem na metę.

Jak błysk przelatuje mi myśl - I did it. Zrobiłam to.  Potem szybko - medal, Miodzio mnie podnosi do góry, potem dają nam folie do owinięcia, jakiś pakiet regeneracyjny, to już? Lekka nuta zawodu, ustępująca dumnemu - zrobiłam to. Jestem maratończykiem. Uśmiech od ucha do ucha. Schodzimy za strefę mety.

Euforia mnie rozsadza. Dałam radę. Wolniej niż chciałam. Ale udało się. I to się liczy. Za metą Galernicy, TZ. Dostaję butelkę Beauty Mineral z kokardką, lizaka od Dominiki. Nosi mnie. Ale zaraz. W głowie mi się kręci. Wyłączam fonię, pochylam się. Minutka i wszystko wraca do normy.

Stoję lekko zdziwiona. Nie powiem, że jestem jak szczypiorek na wiosnę czy jakbym dopiero wstała z łóżka. Trochę odczuwam, że nogi coś tam robiły przez pół dnia. Ale w sumie nic mnie nie boli, żadnych skurczów, żadnych sensacji. Gdzieś jednak odzywa się głos rozsądku. To może pójdę na masaż. Idę w kierunku namiotu z masażami. Dużo łóżek, sporo masażystów, sle jeszcze więcej ludzi. Kolejki.

Nienawidzę kolejek. Ale staję dzielnie, w końcu czego sie nie robi, żeby zminimalizować potencjalne przyszłe skutki takiego szaleństwa. Stoję. W kolejce spotykam Janga, wymieniamy wrażenia. Ale on już chyba po masażu, idzie. Wyciągam telefon, dzwonię do rodziców. Najpierw do taty. Słyszę jak oddycha z ulgą. Ale też słyszę podziw i nutkę zazdrości. No i dumy :) Poucza mnie, naturalnie poucza mnie, że mam teraz chodzić, nie stać, nie siedzieć, rozruszać mięśnie. Zawsze poucza, już przywykłam. Słucham, przepuszczam przez uszy. Dzwonię do mamy. Tu już ewidentnie westchnienie ulgi. I tysiąc pytań, jak się czuję, czy nie jest mi duszno, jak serce, jak nogi, czy nie było mi słabo. Lekarz... Lekarz w rodzinie w ostatnich czasach to rzecz pożądana, ale czasami lekko męcząca. Na całe szczęście nie pyta, czy to był ostatni raz.

Tymczasem na scenie trwa dekoracja. Wcale jej nie słychać, ale trwa. Wywołują Mel - wygrała klasyfikację kobiet bankowców. Mel się masuje, nagrodę odbiera jej córa Maszka. Fajnie wygląda na podium. Potem klasyfikacja dziennikarzy. W sumie tylko Szkieleta kojarzę, ale biję brawo, bo się chłopakom należy. O, jest oddzielna klasyfikacja kobiet. Zaraz. Chyba mnie wywołują... Nie chyba. Na pewno. Jestem druga. Czyli dwie nas startowało, ale to się nie liczy. Ruszam w kierunku sceny. Boso, bo w kolejce do masażu zdjęłam buty i ujrzałam okazałego krwiaka na stopie. Facet na scenie pyta, czemu boso. Palant. Zgubiłam buty po drodze, co to kogo obchodzi. Wchodzę na podium. Jestem sama, zwyciężczyni gdzieś się zadekowała. Wręczają mi statuetkę. Reflektory prosto w oczy, upał rośnie do stu stopni. W głośnikach "We are the champions". Bosko. Uśmiecham się naokoło głowy. Myślę tylko o tym, że przebiegłam! Rok temu nikt by w to nie uwierzył. Ze mną włącznie. W styczniu zarzekałam się, że 10 km to mój max. Maraton. PRZEBIEGŁAM.

Schodzę z podium. Idę do depozytu po rzeczy. Następnie wyruszam na poszukiwanie prysznica. No, to już pewien problem. Owszem, są strzałki. Idę i idę. Boso, więc średnio mi wygodnie. Idę. Jakiś kilometr chyba. Są prysznice. Taka blaszana buda i rozgogoleni faceci na zewnątrz. Ale o dziwo - jest i pomieszczenie dla kobiet i o dziwo nie jest okupowane przez facetów. No to się pakuję. I wypakowuję. Wchodzę. Woda lodowata. Szamponu nawet nie odkręcam. Opłukuję się szybko w zimnej wodzie. Ubieram. Kontrolny rzut oka w lusterko, makijaż w miarę w porządku, wracam. Wyglądam jak cywil, tylko ten medal.

No to jeszcze posiłek regeneracyjny. Zupka pomidorowa z ryżem. Pfuj. Ale może to ilepiej, czegoś bardziej stałego mogłabym nie przełknąć.  A potem jeszcze tylko schody na Nowe Miasto. Wchodzę. AnKa twierdzi, że dopiero nazajutrz nie będę chodzić po schodach. Okaże się potem, że jednak dam radę. Autobus. Wsiadam i wysiadam ostrożnie, celowo nie brałam samochodu. Znowu schody.

Jestem w domu. Wrzucam pierwsze wrażenia na forum, do bloga. SMS-y do znajomych. Zamawiam pizzę.

Jestem maratończykiem :)

2009-07-20

Maraton Warszawski

Opublikowano niedawno trasę Maratonu Warszawskiego 2009. Trasa jest pierwszej świeżości, brand new trasa można powiedzieć. Dwie rzeczy, które rzucają się w oczy - po pierwsze, wreszcie nie ma Wilanowa. Po drugie - jest więcej Pragi.

O co chodzi? W czym rzecz? Już tłumaczę. Nie jestem wroginią Wilanowa. Nie. Kiedyś spadł tam na mnie deszcz kasztanów, do Wilanowa jeździliśmy w zamierzchłych czasach z małżonkiem na randki, z Wilanowa mam piękne zdjęcie , które wygląda jak robione gdzieś w górach, a nie - w Warszawie.

Ale biegać do Wilanowa to nie lubię. Pierwszy raz biegłam tam w moim maratońskim debiucie (niespełna dwa lata temu). Od 21 do 29 km prowadziła do Wilanowa długa prosta Czerniakowską (i w co tam ona po drodze przechodzi). I była to straszna prosta, na której miałam coraz ciezsze nogi, łydki odmawiały współpracy, a ja popadałam w czarną rozpacz i pytałam "Daleko jeszcze?". Na całe szczęście powrót był nieco bardziej kręty, Witosa, do Chełmskiej, w Czerską.... jakoś dało radę. 

W ubiegłym roku trasę nieco odwrócono i do Wilanowa droga była kręta, a potem - długa prosta do mety. No! Wyobraźcie sobie, że biegniecie od 30 km jedną prostą pod górkę przed siebie. I pod wiatr. Na całe szczęście, ja tylko kibicowałam. 

Do Wilanowa wiodły też dwa biegi niepodłegłości, w których miałam okazję brać udział. Obu najlepiej nie wspominam i dobiegając do Wilanowa za każdym razem miałam w pamięci ten maratoński debiut. Mimo że prosta, mimo że z górki - nie były to moje najlepsze występy. 

Dlatego ucieszyłam się już z samej zapowiedzi, że prostej do WIlanowa w tym roku nie będzie (BTW, w Biegu Niepodległości też jej nie będzie, trasa została istotnie zmieniona). Do Wilanowa - chętnie, ale na randkę :)   

Praga. To drugi atut nowej trasy. Do tej pory maraton wpadał na Pragę Mostem Gdańskim (ha, ktoś zgadnie dlaczego lubię ten most?), wiódł Wybrzeżem Szczecinskim wzdłuż ZOO, gdzie śmierdziało jak w stajni, mały podbieg do Mostu Świętokrzyskiego - i myk - z powrotem do Śródmieścia. A nowa trasa wbija się w Okrzei, mija ciekawy zakątek starej Pragi, zakręca przy nowobudowanym Stadionie Narodowym (kiedyś: Dziesięciolecia, kiedyś: Jarmark Europa) wypada na Wał Miedzeszynski, wzdłuż Saskiej Kepy gna do Afrykańskiej, zawraca agrafką (nie lubię agrafek, ale ta jest jakaś sympatyczna)  do Mostu Świetkorzyskiego. Czy ja pisałam kiedyś, że wzdłuż Wału Miedzeszyńśkiego znakomicie sie biega? Jakoś te kilometry same umykają spod nóg. 

W sumie po Pradze jest aż 11 km, do tego trochę kręcenia po Śródmieściu, ale najdalej - do Gagarina. Na koniec co prawda jest i tunel (jakoś go biegowo nie lubię, chociaż w kategorii przeżycie - super), i długa prosta aż za Most Gdański, i potem powrót na Krakowskie Przedmieście (bez Sanguszki) i na koniec kostka brukowa....ale mimo to - chapeux bas! Organizatorzy naprawdę dołożyli starań, żeby trasa była atrakcyjna dla maratończyków, żeby pokazać ciekawą Warszawę, różnorodną, dwubrzegową. Żeby maraton był prawdziwie warszawski.

I dlatego, o ile przetrwam w dobrej formie Berlin, w Warszawie zrobię sobie sympatyczne rozbieganie. Może komuś pomogę skonczyć maraton. Może kogoś zmotywuję. W każdym razie - bardzo, bardzo chcę pobiec. Wiem, że nie biega się maratonu po maratonie (no, niektórym się udaje). Ale ostatecznie to jest Warszawa. A

 w Maratonie Warszawskim - wypada startować :) No więc - wystartuję.

2009-07-20

Szybciej...

Czasami trzeba się spocić... Czasami trzeba się spocić...

FFFFFaster, faster! Sama sobie ostatnimi czasy mialam ochotę tak pokibicować. Ale nie dało sie faster, a czasami trzeba bylo bardzo zwolnić. Zwolnić, znaczy pobiec słabiej... A przecież po to sie biega, żeby biegać szybciej, dalej, lepiej. Trzeba bylo zatem coś z tm zrobić.

Zaczełam, zgodnie z radami tych trochę bardziej wtajemniczonych, od więcej. Od końca czerwca zaczęłam zwiększac obciazenie treningowe - z ok. 50- 60 km w tygodniu do 70, 88, 94... Ciekawe, czy w tym tygodniu wyjdzie setka? I jaki będzie bilans miesiąca, tak swoją drogą. W zeszlym roku bardzo przyspieszyłam po dwóch miesiacach ciężkich treningów po prawie 100 km w tygodniu. 

Tupałam sobie zatem przez te ostatnie kilkanascie dni i tupałam, miarowo i niespiesznie, głównie po lesie, dodając czasami jakiś podbieg. Po trzech tygodniach tupania postanowiłam dolożyć jakiś element poprawiajacy szybkość. Niechętnie, bo elementy szybkościowe to przekraczanie własnych ograniczeń, to odsuwanie granic, ale to też jednak jakiś ból, jakies zakwasy i tym podobne przyjemności. Nie lubię. Jeszcze czterystumetrówki to od biedy da się pobiegac (chociaż 12 na raz daje w kosć). Ale kilometrówek i tym podobnych nienawidzę szczerze. Tyle, że per aspera ad astra, czyli że bez pracy nie ma kolaczy i tak dalej...

Nie mogłam dzisiaj rano otworzyć oczu. Toczyłam ze sobą walkę straszną. I, jak już prawie zdecydowalam, że trening będzie wieczorem, udało mi się przyjąć pozycje półpionową (usiadlam na łózku). Dalej poszło łatwiej, za 10 minut byłam gotowa do wyjścia.

Jeszcze wybiegając, nie byłam zdecydowana. Ale potruchtałam w stronę Zagórza (Zagórze - osada na trasie lubelskiej, jakieś sanatorium dla mlodzieży, z punktu widzenia przydatności biegowej charakteryzuje długą asfaltową szosą w stronę trasy lubelskiej, ok. 1,8 km. Ruch samochodowy na szosie ma natężenie bliskie 0. Chociaż nie zawsze, o 7 rano nie).

I tam, w tym Zagórzu, postanowiłam jednak zrobić te kilometrówki. Przynajmniej zacząć. Ruszyłam z kopyta. Pierwszy kilomter - 4:24. 500 m truchciku, zawrotka, znowu 500 m i kolejna kilometróweczka. 4:30. Dalej w dopuszczalnym tempie mimo podbiegu gdzieś ok. 700. m. Znowu kilometr truchtu. I kolejny kilometr szybki - 4:24. I znowu truchcik. I znowu szybko z górką - 4:35. Oj, ciut za wolno, ale nie jest źle. Kilometr truchciku i wracam na szosę.

Widzę odjeżdzający autobus - musiał podjechać w ciągu tych 3 minut kiedy byłam ciut dalej. Za chwilę na mały parking podjeżdża zdezelowane auto, zanim drugie. Oj, trzeba uważać, chyba jest tuż przed 7, ruch sie zaczął. No faktycznie. Po drodze mijam jeszcze dwa (stojące) samochody. Piąty kilometr - 4:30. Szósty - 4:40, zdecydowanie za wolno, chociaż pod górkę trochę przyspieszyłam. Minął mnie kolejny samochód i ruch zamarł równie nagle jak sie zaczął.

A ja potruchtalam spokojnie do domu, spocona i dumna z siebie :)  Wyszło prawie 17 km. O 7.15 juz byłam w domu.

2009-07-02

Marzenia...?

Marzenia? Tych związanych z bieganiam mam całą masę. Niektóre przybierają postać realnych planów, niektóre pozostają w sferze marzeń, czekając na swoją kolej. Marzenia w bieganiu mają dwa aspekty – czasowy i… przeżycia.

Niezwykle ważna jest walka z czasem - dążenie do poprawiania wyniku, do biegania coraz szybciej, do przełamywania własnych ograniczeń. Moje marzenie to przebiec maraton w 3 godz. 30 minut. W sferze marzeń pozostaje „złamać” 3 godziny. Wierzę, że może się udać. Nie teraz. Za 5 lat, może za 10. Na szczęście wiek nie jest tu wielkim ograniczeniem.  Oczywiście – przy okazji poprawa wyników na innych dystansach. Ale najważniejszy jest maraton, bo to jest największe wyzwanie zarówno dla własnej fizyczności, jak i dla psychiki.

Bieg to również niezapomniane przeżycia – niezwykłe miejsca, niezwykłe wyzwania, w których można wziąć udział. Tu lista życzeń jest coraz dłuższa i ciągle się wydłuża.

Kiedy stałam na starcie pierwszego maratonu, wymarzyłam sobie udział w Maratonie Towarzyszy. To bieg, który od kilkudziesięciu lat odbywa się w Afryce Południowej. Liczy prawie 90 km trudnej trasy. Biegnie się po asfalcie, ale teren jest mocno pagórkowaty. Limit na ukończenie wynosi 12 godzin, po tym czasie ci, którzy nie ukończyli, nie mają szans na medal czy ujęcie w wynikach. Dzisiaj wiem, że jeszcze do Maratonu Towarzyszy nie dorosłam. Ale jestem pewna, że kiedyś stanę na linii startu.

Wymarzyłam też sobie, słuchając opowieści jednego z dwóch Polaków, którzy tam byli, maraton na Antarktydzie. Tu sprawa jest znacznie prostsza, tylko lista oczekujących długa… W zeszłym roku zarezerwowałam miejsce na… 2011 rok. Mam nadzieję, że nic mi nie przeszkodzi.

A poza tym – miejsca, miejsca, miejsca – Boston, Nowy Jork, Rio de Janeiro, Nairobi...

Tyle jest maratonów do przebiegnięcia :) Byle tylko nogi chciały nosić.

2009-07-02

Największe i najważniejsze osiągnięcia?

Medale. Medale dostają na ogół wszyscy uczestnicy biegu. Pierwsze medale wieszałam na honorowym miejscu w domu, widać je było już od drzwi. Dziś na honorowych miejscach wiszą tylko te najważniejsze – maratońskie i te z którymi wiążą się historie, ważne chwile. Najważniejszy był Amsterdam, tam przebiegłam swój najszybszy do tej pory maraton. Tam uwierzyłam, że granice wyznaczamy sobie sami. I sami je przełamujemy. I dwa późniejsze medale z Dubaju i z Silesia Maratonu. Na obu dostałam lekcję pokory.

Obok medali są statuetki i pucharki. Pierwszy pucharek dostałam w swoim czwartym półmaratonie – zajęłam 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej. To prawda, że startowało tam mało kobiet, ale i tak sukces był ogromny. Teraz biegających kobiet jest coraz więcej, więc coraz trudniej o medale. Ale puchary zyskują na wartości, gdy konkurencja bardziej zaciekała. Najcenniejsza (i najcięższa) statuetka to ta za zwycięstwo w warszawskiej edycji Zimowego Maratonu na Raty w 2008 r.

Osiągnięcia? Na pewno wynik w maratonie. 3:43 to już całkiem przyzwoity rezultat dla amatorki, która bieganiem zajęła się po 30. Oczywiście, plany są ambitniejsze. Inne? Na pewno cieszy każda kolejna „życiówka”, przełamanie kolejnej bariery. To takie małe zwycięstwa nad samą sobą. I liczę, że będzie ich jeszcze dużo.

O mnie

Anna Pawłowska

anna-pawlowska
Marzenie:

W planach ma maratony na 7 kontynentach (plan długoterminowy) i poprawę życiówki z 3:43 na 3:30 (w tym roku).

Tagi:

maraton bieganie półmaraton medal sukces puchar meta

Adres bloga:
http://anna-pawlowska.dlaniepokonanych.pl/ Kopiuj i rozsyłaj znajomym.
Załóż bloga. Dołącz do niepokonanych i wygraj nawet 50000 pln